KSIĄŻKI Z OSTATNICH TYGODNI

10:25


Z moim czytaniem bywa bardzo różnie. Czasami potrafię przez miesiąc męczyć jakąś książkę i ledwo udaje mi się zmusić, żeby ją do kończyć. Ale z drugiej strony potrafię też przeczytać dwa albo trzy naprawdę grube tomiszcza w ciągu tygodnia. Jestem wtedy jak na haju. Czytam cały czas - zanim jeszcze na dobre wstanę z łóżka, przy jedzeniu, w autobusie, tramwaju, pociągu, samolocie, u lekarza, w kolejce w sklepie, w wannie, zanim zasnę. Mój cug trwa do momentu aż znowu trafię na coś, przez co ciężko mi przebrnąć. Bo ja bardzo, ale to bardzo, nie lubię nie kończyć książek.

Maj i początek czerwca, czyli ostatnie sześć tygodni były dla mojego czytelnictwa całkiem niezłym czasem. Po pierwsze dlatego, że razem z przeprowadzką i przyjściem wiosny lata w miarę gładko przestawiłam się na wcześniejsze wstawanie, dzięki czemu zyskałam dodatkowy czas w ciągu dnia. Po drugie dlatego, że trafiałam na naprawdę wciągające książki. Książki, które sprawiały, że nie tylko sięgałam po nie chętnie, bo byłam ciekawa, jak potoczy się historia, ale również po przeczytaniu ostatniej strony, błyskawicznie nabierałam ochoty, żeby zabrać się za coś nowego. I po trzecie dlatego, że nie zaczęłam ostatnio oglądać żadnego serialu.

Zaraz po przeprowadzce, czyli w pierwszych dniach maja, skończyłam czytać Jezioro Tajemnic - trzecią część kryminalnej trylogii Petera Maya, której akcja osadzona jest na hebrydzkim archipelagu, w miejscu gdzie obrzeża Wielkiej Brytanii przechodzą powoli w kompletny koniec świata. Wydaje mi się, że ta ostatnia część była najsłabsza ze wszystkich trzech (jeszcze w kwietniu przeczytałam Czarny Dom  i Człowieka z wyspy Lewis), ale nie jestem pewna, czy nie jest to wina faktu, że wszystkie trzy książki miały dość podobną strukturę i może po prostu przy ostatniej zaczęłam się ciutkę nudzić. Niemniej jednak czytało się ją całkiem przyjemnie. Poza tym fakt, że jest najsłabsza z trzech wcale nie oznacza, że jest kiepska. Opisy wysp żyjących w izolacji i wymuszonym oddaleniu od reszty kraju, do tego stworzone przez Maya małe, hermetyczne społeczności próbujące radzić sobie z niełatwą przeszłością, całkiem skomplikowany główny bohater z bagażem problemów i niezałatwionych spraw, a to wszystko osadzone w otoczeniu surowej i bardzo wymagającej natury, tworzą niezwykły klimat. Warto przeczytać na wakacjach czy w dłuższy weekend - tak po prostu, żeby odpocząć i wchłonąć trochę niesamowitego klimatu. Ja po przeczytaniu całej trylogii zamarzyłam o wyjeździe na Hebrydy - choćby na kilka dni.

Mam czasem tak, że czytając książkę w miejscu publicznym natrafiam na fragment, który jest tak zabawny i zaskakujący, że po prostu nie mogę się na głos nie zaśmiać. Co prawda ludzie patrzą wtedy na mnie jak na czubka, ale co mogę zrobić? Zdarzyło mi się to ostatnio przy Gniewie Zygmunta Miłoszewskiego – kolejnym kryminale, który chwyciłam do ręki niesiona falą entuzjazmu po książkach Petera Maya. Wciągnął mnie właściwie od pierwszej strony i trzymał w napięciu aż do ostatniej. Co ciekawe, nie było to raczej zasługą intrygi czy też wątku stricte kryminalnego, ale bardziej atmosfery, którą tworzy Miłoszewski z mieszanki przeżyć i problemów prywatnych głównego bohatera, bardzo trafnych obserwacji polskiego społeczeństwa i kąśliwych uwag osadzonych w realiach średniej wielkości miasta, w którego granicach leży jedenaście jezior.
Niezauważana, ignorowana zarówno przez sąsiadów jak i organy ścigania przemoc domowa, z której Miłoszewski uczynił oś fabuły, sprawiła, że - mimo, iż miejscami bardzo mnie rozśmieszył - Gniew zostawił mi jednak gorzki posmak.

Wanna z kolumnadą to reportaż Filipa Springera, po przeczytaniu którego czułam się jakby ktoś mocno szturchnął mnie patykiem pod żebra i powiedział „Patrz, to tak jak u ciebie”. Otworzyłam oczy. Bo mieszkając w Krakowie, mieście wyjątkowych zabytków i pięknej architektury, wcale nie trzeba zbytnio oddalić się od Rynku, żeby trafić w miejsca, gdzie jak śpiewał Kult, jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy. Prawie wszystkie choroby współczesnej przestrzeni, które opisuje i analizuje Springer, występują – choć w różnym natężeniu – w moim mieście. Zawsze je ignorowałam, akceptowałam jako coś niezmiennego, normalnego, nieodłącznego od miejskiego krajobrazu. Ale odkąd przeczytałam tę książkę, bardzo trudno mi nie zwracać na nie uwagi. Czasami więc, kiedy kolejny raz zirytuję się wszędobylskimi banerami albo wyglądającymi zza każdego rogu tęczowymi blokami, myślę sobie, czy nie lepiej byłoby zostawić ją na półce i nigdy do niej nie zaglądać. (P.S. Nie byłoby.)


Następny w kolejności był Król Szczepana Twardocha - książka, która wbiła mnie w fotel i którą bardzo mocno polecam. To chyba najlepsza fikcja literacka, jaką ostatnio czytałam. Nie mam pojęcia, na ile dokładnie oddaje realia Warszawy z lat trzydziestych, ale nawet gdyby świat opisany w Królu był kompletnym wymysłem autora, konceptem nie znajdującym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, i tak bardzo polecałabym tę książkę. Są w niej polityka, pieniądze, narkotyki, przemoc, seks i władza. Może i brzmi to tandetnie, zwłaszcza, jeśli dopowiem, że tekst miejscami jest bardzo wulgarny, a opisy wręcz naturalistyczne. Ale pomimo tych pozornych podobieństw do Gry o tron, w Królu nie ma ani krzty banału czy tandety. Jest za to naprawdę wartka akcja i świetnie skonstruowani bohaterowie.
To jedna z tych książek, które chciałabym zapomnieć, żeby móc przeczytać je jeszcze raz.

Nie będę kłamać i powiem wprost - postanowiłam przeczytać Amerykańskich bogów zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że Netflix wypuszcza serial oparty na tekście Gaimana. Co prawda ta książka była na mojej liście lektur od dawna, ale przyznaję bez bicia, że jej pozycja nie była szczególnie wysoka. A ponieważ ostrzę sobie zęby na obejrzenie serialu w tym miesiącu i dodatkowo mój brat obdarował mnie e-bookiem, nie było powodu, żeby dłużej zwlekać (w zakresie wszelkich ekranizacji najpierw czytanie a potem oglądanie jest preferowaną przeze mnie kolejnością). Przeczytałam, podobało mi się, choć nie powaliło mnie na kolana.
Ja chyba po prostu nie bardzo jestem dziewczyną od fantastyki.


W maju wyszła też nowa książka Jaume Cabré, którego przy Wyznaję polubiłam na tyle, że kupiłam (nie zawsze dla siebie) i przeczytałam wszystkie jego książki wydane w Polsce. Agonia Dźwięków jest dość tajemnicza, a niesamowity klasztor na końcu świata, z którym wiążą się wszystkie główne wydarzenia i bohaterowie, został przedstawiony tak dokładnie, że wystarczy zamknąć oczy, żeby bez trudu przenieść się na surowe korytarze czy zajrzeć do zimnych i wilgotnych cel, gdzie w milczeniu odbywa się wielkie misterium ciągłej pokuty. Nie sposób też odmówić jej świetnie zbudowanych postaci, choć nie odpowiadało mi dość niespiesznie tempo rozwijania fabuły. W tekście za to bardzo widać charakterystyczny styl Cabré, za którym przepadam, więc czytałam z dużą przyjemnością.

Na sam koniec przedstawiciel mojego ukochanego gatunku literackiego czyli reportażu - Modlitwa o deszcz Wojciecha Jagielskiego. To niesamowita opowieść o Afganistanie i Afgańczykach. Historia walki o władzę, narodzin religijnego radykalizmu, powstawania terroryzmu, wielkiej narodowej dumy, ciągłego strachu, niepewności i przede wszystkim wojny, która zamieniając się w codzienność, porwała ze sobą całe pokolenia. Książka, która uświadomiła mi, że o Afganistanie nie wiedziałam nic. Naprawdę warto przeczytać.
Jeśli nawet nie z ciekawości czy potrzeby zgłębienia tematu, to choćby dla samego Jagielskiego, który po prostu świetnie pisze.


Jak powiedział Rafiki w Królu Lwie "to by było na tyle".

Bardzo chętnie poznam Twoje zdanie - zostaw je, proszę, w komentarzu poniżej. Szczególnie coś polecasz, uważasz, że warto? A może odradzasz? Daj znać.

Miłego dnia!



Przeczytaj też

0 komentarze