ARANŻACJA NASZEGO MAŁEGO BALKONU - ZDJĘCIA PRZED I PO

11:39


Mamy typowy, kamienicowo-blokowy, podłużny i raczej wąski balkon. Nie przesiadujemy na nim godzinami, bo umówmy się szczerze, ani nie jest dostatecznie duży ani nie jest dostatecznie oddalony i odizolowany od reszty sąsiadów. Generalnie w naszej kamienicy balkony nie są najpiękniej zaaranżowaną przestrzenią na świecie – większość z nich łapie się raczej na nagrodę w kategorii graciarnia roku, przy czym z jednej strony od balkonu przylegającego do mieszkania obok dzieli nas niecały metr, więc naprawdę widzimy, co tam jest – a jest wszystko. Mimo tego nie chcemy odgradzać się wysokimi płotkami czy pergolami, bo szkoda nam światła, które ukradłyby z pokoju. Jednak nawet biorąc pod uwagę nieciekawe sąsiedztwo i tak miło czasem sobie wyjść z mieszkania, odetchnąć wiosennym/ letnim/ jesiennym powietrzem i wystawić twarz do słońca. Poza tym to, co jest na naszym balkonie po prostu widać z wnętrza mieszkania. 
Z tych wszystkich powodów padł pomysł jakiegoś ogarnięcia tej przestrzeni.

Jak było?


Kiedy się wprowadzaliśmy nasz balkon składał się głównie z szaro-brązowych płytek w całkiem niezłym stanie, do tego - miejscami przerdzewiałej – balustrady z zabudowanymi blachą bokami i sznurków do suszenia prania w oszałamiającym kolorze fuksji. Nie było fatalnie i od patrzenia nie wypalało oczu, ale nie mogę powiedzieć, żebym żywiła dla tego miejsca jakieś szczególnie ciepłe uczucia.

Jak jest?


Jak tylko zaczęłam się zastanawiać, co można pozmieniać na balkonie, umieszczenie tam czegoś zielonego wskoczyło na sam szczyt listy do zrobienia. Z jednej strony chodziło o to, żeby zasłonić i odwrócić wzrok od niezbyt pięknej balustrady, z drugiej kwiatki od razu dają jakiś taki bardziej domowy efekt. Więc po pierwsze są rośliny. Dużo roślin. 




Po drugie są doniczki we wzory. To najzwyklejsze plastikowe skrzynki na kwiaty z marketu budowlanego, które pomalowałam (tylko z jednej strony). Zajęło mi to w zasadzie jedno popołudnie i użyłam do tego celu farby akrylowej, kupionej w empiku. W planach miałam co prawda bardziej geometryczny i równy efekt, ale i tak wyszło całkiem fajnie (przy odrywaniu taśmy malarskiej okazało się, że farba chętniej czepia się taśmy niż, dość śliskich, doniczek i wzory mają trochę postrzępione brzegi). Zawiesiliśmy je po wewnętrznej części balkonu, co zabrało nam ciut przestrzeni, ale przynajmniej je widać i spadając nie zabiją nikogo w drodze do śmietnika.

Ponieważ do podłużnych skrzynek kupiłam za dużo roślin, jest jeszcze jedna okrągła doniczka, która po prostu stoi na starej drewnianej skrzynce po jabłkach. Na skrzynce trzymamy też konewkę, którą odpicowałam malując ją na złoto (farbą w sprayu). To najzwyklejsza plastikowa konewka z marketu. Nie pamiętam, ile za nią zapłaciłam, ale myślę, że to było coś koło 5 złotych.




Nie chcieliśmy wydawać kupy kasy na drewniane podłogi tarasowe, więc po prostu kupiłam w Ikei dwa dywaniki, żeby przyjemniej było wychodzić na balkon na bosaka. Można prać je w pralce, także nie musimy przejmować się deszczem, pyłem ani gołębiami. Poza tym trochę schowały się pod nimi nasze nieszczególnie piękne płytki.



Białą latarenkę zabrałam z domu od Rodziców. Druga zrobiona z wiaderka na lód, które kupiłam w supermarkecie za niecałe 10 złotych i któremu posprejowałam pałąk na złoto. 

I na koniec coś, co kompletnie zmieniło oblicze tego balkonu, czyli wymiana sznurków na pranie. Złota linka kosztowała mnie dokładnie 6,29 zł i są to najlepiej wydane wnętrzarsko pieniądze w moim życiu.

To tyle. Jakoś nie rwiemy się do zakupu mebli, bo wiemy, że i tak nie będziemy z nich korzystać. Poza tym od czasu do czasu wynosimy na balkon suszarkę, która (biorąc pod uwagę skrzynki z kwiatami zawieszone do wewnątrz) zajmuje dokładnie całą jego powierzchnię, więc składanie albo wnoszenie mebli do domu byłoby kłopotliwe.

Wszystko - doniczki, rośliny, dywaniki, dekoracje - kosztowało nas około 150 zł. Moim zdaniem było warto.




Miłej soboty!


Przeczytaj też

0 komentarze