WELUR, PANTERKA, PIANKOWE PODESZWY - NAJLEPSZE CIUCHY Z DZIECIŃSTWA

20:24


Myślę, że moja Mama musiała mnie bardzo kochać, kiedy miałam mniej więcej siedem, osiem lat, skoro kupowała mi takie ubrania i potem jeszcze w dodatku pozwalała je nosić. Druga opcja jest taka, że mnie nienawidziła, więc chciała, żebym wyglądała jak najgorzej, ale tę możliwość odrzucam z uwagi na brak innych dowodów żywienia do mnie negatywnych uczyć. Trzecia opcja jest taka, że taka była moda i ludziom z jakichś względów pewne trendy w odzieży dziecięcej (welur, welur i jeszcze raz welur!) się podobały. Istnieje wreszcie szansa, że takie rzeczy po prostu były dla nas dostępne. Po pierwsze dlatego, że nie mieszkaliśmy w centrum Krakowa i wyprawy do niewiadomo jakich sklepów niewiadomo gdzie nikomu nie były w głowie, a po drugie poziom finansowy, na jakim żyła nasza rodzina, w latach, kiedy zaczynałam podstawówkę raczej nie pozwalał na zakupy z dziecięcej kolekcji Prady.

  Kiedy myślę o stylu, który wtedy miałyśmy razem z koleżankami (wszystkie sześć – tyle ile było nas w klasie – ubierałyśmy się prawie tak samo), nie jestem w stanie się nie śmiać. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja byłam naprawdę przeszczęśliwa mogąc nosić te wszystkie welurowe dzwony, białe skarpetki i piankowe sandały. Przysięgam! Byłam z siebie taka dumna i czułam się w nich prześwietnie! Pamiętam, że moją absolutnie ukochaną częścią garderoby, w której czułam się jak milion, ba! jak sto milionów dolarów, była welurowa bluzka z długimi rękawami, kołnierzykiem w panterkę i mankietami z takim samym wzorem. Bluzka była granatowa, zapinana mniej więcej od dekoltu po szyję na zamek, w którym suwak  miał kształt serduszka. (Czasami sobie myślę, że to jakaś dziecięca trauma spowodowała u mnie taką ostrą niechęć do panterki, której dzisiaj kompletnie nie potrafię przełamać.) Do tego ubierałam welurowe dzwony – również granatowe, z których byłam bardzo dumna, bo nikt inny w całej szkole takich nie miał. Wyróżniającym je motywem były takie pęknięcia z przodu, sięgające od dołu nogawki pod kolano i „spięte” białymi motylkami – dwoma albo trzema (nie jestem do końca pewna) na każdej nogawce. Oczywiście obowiązkowo do tego białe skarpetki i czarne półbuciki na wysoki połysk. To znaczy skarpetki były białe rano, kiedy je ubierałam i był to też ostatni moment dnia, kiedy buty były jeszcze czyste. Potem, w ciągu dnia działo się przecież tyle ciekawych i brudzących rzeczy, że nie było czasu na przejmowanie się błotem, kałużami, kamieniami, spadającym jedzeniem, kapiącymi farbami, jakimś smarem i nie wiem czym tam jeszcze. Kochałam welur, była to moja najulubieńsza stylówka i odpuszczałam ją sobie tylko kiedy było wyjątkowo gorąco.

  Niestety nie mogę powiedzieć, że byłam jakąś wielką damą i latem chodziłam w zwiewnych sukienkach, bo prawda była taka, że w sukienkach źle się przeskakiwało przez płoty albo grało w nogę. Za to kiedy było naprawdę gorąco, a w planach akurat nie było meczu, wciągałam na siebie jakieś krótkie spodnie i koszulkę, a w zakresie obuwia do gry wkraczał kolejny hit dziecięcej mody. Na nogi przywdziewałam wtedy piankowy cud czyli sandały, których podeszwa była zrobiona z czegoś, co przynajmniej w dotyku przywodziło na myśl spotkanie wpół drogi pomiędzy gumką do mazania a styropianem. Oczywiście nie występowały w stonowanych kolorach, ale przecież im bardziej krzykliwe tym lepsze, nie? Naprawdę nie mam pojęcia kto i dlaczego wymyślił te buty i za co tak bardzo nienawidził dziecięcych stóp. Nosiłam je dzielnie, ale nie tak znowu często, no bo jednak rzadko kiedy nie było w planach meczu.

  Kiedy od czasu do czasu myślę o moich stylówkach z dzieciństwa, nie potrafię się nie śmiać. Serio, za każdym razem sobie uświadamiam, jak niedorzeczne były moje ulubione połączenia kolorów i deseni i po prostu nie jestem w stanie zachować powagi. Albo jak oglądam stare zdjęcia, do których, co doskonale pamiętam, pozowałam z przekonaniem o tym, że mam na sobie oszałamiający strój, a na których wyglądam jak skrzyżowanie damy, klauna i sportowca.
Ale też myślę sobie, że fakt, że teraz mnie to tak bawi jest zupełnie nieistotny. Bo jest coś fajnego w tym, że po prostu wyglądałam jak dziecko. Że miałam kolorowe ubrania, które miały przede wszystkim być wygodne, kiedy szaleliśmy po okolicznych podwórkach, że nie wyglądałam jak miniaturka dorosłej kobiety ani jak baletnica z Jeziora Łabędziego, do której tak bardzo było mi daleko. Uważam, że to naprawdę super, że mogłam nosić to, co chciałam. Myślę, że wtedy zupełnie naturalnie przychodziło mi ubieranie tego, co po prostu mi się podobało, bez zastanawiania się, jak to zostanie odebrane. Jasne, że Rodzice czasami, przy większych okazjach, współdecydowali o moim stroju (i całe szczęście!), więc nie miałam tak całkiem wolnej ręki, ale jednak uważam, że to ogromna wartość, że mogłam wtedy mieć swój styl. O ile kilkuletnie dziecko może mieć swój styl. I o ile w ogóle to, co wtedy siedziało w mojej głowie można nazwać jakimkolwiek stylem.

A jakie są Twoje ulubione ciuchy z dzieciństwa? Bardzo chętnie przeczytam Twój komentarz - możesz zostawić go poniżej. Zapraszam Cię też do śledzenia, co dzieje się na Facebooku Samych Nóg (wystarczy kliknąć "Lubię to" poniżej) i profilu na Instagramie. Pozostańmy w kontakcie.

PS. To zdjęcie na górze to na szczęście nie ja. Ale obiecuję, że wrzucę jakieś ze mną jak tylko przebiję się przez fotki w domu Rodziców.

Przeczytaj też

4 komentarze

  1. Uf, PS mnie uspokoił, czekam na te zdjęcia! Ja też uwielbiałam welurowe dzwony. Choć te, które pamiętam były zwyklejsze od Twoich - szare z kwiatkami wyhaftowanymi (czy wynitkowanymi... bo to takie kontury tylko były). I uważam, że to było super, że można było w getrach chodzić, jeansów nienawidziłam, bo mnie gniotły :D W sumie, coś mi z tego zostało do teraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze pamiętam, choć to z przedszkola, a nie z podstawówki, znienawidzone przeze mnie rajtuzy, które zawsze mi zjeżdżały i biegałam z taką "drugą stopą". I fakt, ja też jeansy uważałam za szczyt niewygody :D

      Usuń
  2. UWIELBIAŁAM tę bluzkę z panterą, też miałam taką! Tylko moja była zielona - o mamo, co to był za ciuch! Sandały z pianki na koturnie też - i w sumie nie były takie złe, bo przecież nie było szansy wdepnąć w szkło - ta piana zbierała wszystko :) Do tego drewniaczki, zielona ultraświecąca bluzka crop-top z LEONARDO DICAPRIO, podróby Vansów. Ale było stylowo, mmm <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, paradoksalnie te sandały były najbezpieczniejszym obuwiem.
      I tak, bardzo ostre kolory, to też trend, który mocno mną szarpał na początku podstawówki :D

      Usuń